WRÓĆ DO SPISU WYPRAW
Szlaki kajakowe Gór Świętokrzyskich: Lubrzanka


Głos ma Marek Mazur:
    O Lubrzance myślałem już od lat szkolnych, a w czasach studenckiej aktywności turystycznej na Kielecczyźnie, jakoś nie doceniłem atrakcyjności tego szlaku wodnego.
   Kiedyś, w trakcie wakacyjnego spływu na Litwie, zdarzyło mi się dzielić kajak z Gandhim jedynym kajakarzem kieleckim (no może poza Dziekanem i Piskorzem, ale ci wyemigrowali z Kielc). Na Lubrzankę wybraliśmy się już w składzie warszawskim, gospodarze już ją zaliczyli. Gandhi ocenił stan wody na taki sam, gdy spływał swoim składakiem, więc polietyleny powinny spłynąć bez przeszkód. Stosownie do zwyczajów przewodnickich, chciałem wystartować koło Żeromszczyzny w Ciekotach. Niestety koledzy mieli po sobocie dosyć maleńkich rzeczek i zażądali startu już poniżej dwu dopływów. Zostawiając samochód dowiedzieliśmy się, że dwa dni temu stan wody był o kilkadziesiąt centymetrów wyższy. Szkoda. Mimo wszystko Lubrzanka od początku zrobiła na nas wrażenie. Przynajmniej dwa razy szersza, wijąca się pomiędzy wysokimi wzgórzami Pasma Masłowskiego i Radostową. Duży spadek, szybki nurt z niewielkimi bystrzami uatrakcyjniały ten odcinek Lubrzanki.
    Z czasem rzeka rozlała się nieco, by po pewnym czasie powrócić do wąskiego koryta, w którym napotkaliśmy regularne zwałki. Przyznam, że tutaj zwałkowi nowicjusze nie mieli już taryfy ulgowej. Żadnego wysiadania z kajaka, wspinaczka na górę zwałki i zeskok. To samo na kłodach, czy pod „głupimi mostkami” zbudowanymi z betonowych słupów.
    Coś mi jednak przestało pasować do opisu przekazanego poprzedniego dnia przez Gandhiego. Że Lubrzanka to najatrakcyjniejsza rzeka Gór Świętokrzyskich, zgoda. Ale ta jedyna, sygnalizowana przez eksperta, zwałka miała być dopiero poniżej Cedzyny. Ale niech mu będzie. Może ta ostatnia wysoka woda urozmaiciła nieco koryto.
    Ślady wysokiej wody sięgały 1,5 metra powyżej aktualnego stanu lustra rzeki. Do zbiornika w Cedzynie dopływaliśmy i dopływaliśmy. Niby już była cofka, ale zbiornika nie było widać. Na akwenie nieco nas zmoczyło, bo płynęliśmy w samych koszulach, a solidny wiatr wiał prosto w twarz. Poniżej upustu zbiornika krótki uregulowany odcinek a dalej niesmak.
    Krzewy nadrzeczne ustrojone śmieciami, czułem się jak podczas spływu Świdrem na przedwiośniu. Płynęliśmy bystrymi meandrami, które latem pewnie by wywoływały nasz zachwyt, ale teraz chcieliśmy przepłynąć je jak najszybciej, nawet rurę z bystrzem pod wypływem z niej.
    Rozpędziliśmy się tak, że wpływając na zbiornik utworzony na terenie wyrobiska Barania Góra, szukaliśmy ujścia rzeki po drugiej stronie, podczas gdy Lubrzanka przepływała spokojnie obok byłego kamieniołomu. Najwyraźniej ta przygoda nieco nas ocuciła, bo zaczęliśmy zwracać uwagę na otoczenie.
    Zanikły sterczące gałęzie, rzeka uspokoiła swój bieg i ponownie się rozlała, choć nawet tutaj przypominała o swym naturalnym charakterze. Szerokie na kilkanaście metrów koryto przegrodzone było całkowicie kłodami wymagającymi ekwilibrystyki przy przechodzeniu na drugą stronę. Szybko koryto uległo zwężeniu na skraju zalesionego wzgórza i było jakby zawieszone ponad łąką znajdującą się po drugiej stronie rzeki.
    Wydawało się dziwne, że woda nie spłynęła na tę łąkę przez niewysoką groblę.
    Zagadka rozwiązała się szybko, kiedy dopłynęliśmy do jazu, który spiętrzał wodę częściowo spływającą prosto w dół, a częściowo odpływającą kanałem do dawnego młyna. To urocze miejsce zlokalizowane pod Górą Mójecką było początkiem najatrakcyjniejszego odcinka Lubrzanki. Koryto w niezbyt głębokim parowie, mocno meandrujące, przy dużym spadku i pewnej ilości przeszkód aż do Sukowa, mety naszego spływu. Co tutaj więcej dodawać, przyjedźcie i zobaczcie sami.

    Wyprawa odbyła się 11 marca 2007 na trasie Ciekoty-Suków (ok. 24 km, 5,5 godz.)


Pamiętaj - powiększaj zdjęcia klikając na nie
WRÓĆ DO SPISU WYPRAW