WRÓĆ DO SPISU WYPRAW
Szlaki kajakowe Gór Świętokrzyskich: Krasna


Głos ma Prezes Michał:
    Drugiego dnia 50-go Rajdu Świętokrzyskiego razem z Markiem Mazurem postanowiliśmy spłynąć rzeką Krasną, prawym dopływem Czarnej.
    Zaczęliśmy poniżej nowego rezerwatu ptasiego na jej bagnach, koło miejscowości Krasna. Rzeka zaczynała się mile, ale po chwili powalone ze starości i przez bobry drzewa mocno utrudniły spływ. Po 6 godzinach byliśmy w połowie drogi do drugiego samochodu, zostawionego koło jej ujścia do Czarnej. Uratował nas Mirek Dziekan z Anią i swoim samochodem, wezwany sms'em.

Tę krótką, prawdziwie męską relację, uzupełnia i ilustruje zdjęciami Marek Mazur:
    Na bazie 50 Rajdu Świętokrzyskiego w Niekłaniu Kałużach zdążyłem na ognisko. Śpiewaliśmy stosunkowo krótko, tylko do 1 po północy, ale rano dalsza część programu turystycznego.
    Widząc szykujące się opóźnienie w starcie, obfotografowałem pobliski rezerwat skalny, pożegnałem trasę rowerową i wymieniłem linki z koleżanką mieszkającą od lat we Francji (zajrzyj).
    Blisko południa wyjechaliśmy w kierunku Krasnej.
    Michał wymyślił, żeby wystartować z bagnistego odcinka koło miejscowości Luta. Mimo wytężania wzroku z wieży widokowej, nie byliśmy w stanie dostrzec koryta rzeki. Zrezygnowani wystartowaliśmy we dwóch z mostu w miejscowości Krasna, umawiając się za 4 godziny z pasażerkami Michałowego samochodu na moście w Starej Wsi, tuż przed ujściem do Czarnej Koneckiej. A była już 12.30.
    Rzeka na początku zauroczyła nas naturalnymi zaporami zbudowanymi solidarnie, na bagnistych rozlewiskach, przez bobry i wiosenną wysoką wodę. Było fajnie, do czasu, kiedy w rzece pojawiły się prawdziwe zwałki, bardziej uciążliwe niż na Kamionce i to rozrzucone średnio, co 300 metrów. Po dwóch godzinach płynięcia, oceniłem, że przepłynęliśmy ze cztery kilometry, czyli około połowy odcinka do pierwszego mostu, koło Błotnicy. Michał widząc, co się dzieje, nerwowo szukał punktu, z którego mógłby zadzwonić do kolegów po pomoc. Wypatrzył ambonę i z niej wysłał SMS-a, do naszego przyjaciela Mirka, by odebrał nas w połowie planowanej trasy.
    Początkowo wydawało się, że będzie lepiej. Chwilowo zwałek było mniej, natomiast rzeka nabrała wyraźnego spadku i pojawiły się płytkie przemiały. Walczyłem stylowo, nie wysiadając z kajaka, ale ostatecznie spasowałem i oszczędzając Diablo, przeciągałem go po płyciznach.
    Następnie do płycizn i przemiałów doszły znowu regularne, solidne zwałki. Walczyliśmy tak ponad dwie godziny od wysłania sygnału SOS do Mirka, aż usłyszeliśmy jakieś okrzyki. To Mirek z żoną Anią, byli nieco zdenerwowani ponad dwugodzinnym oczekiwaniem na nasze przybycie.
    Byli umówieni na godz. 15.00 na obiad u rodziców Mirka w Kielcach, a my dopłynęliśmy o 17.10.
    Z rozmowy z Adamem wynikło, że on płynął 3 godziny nie do ujścia, a do „naszego mostu”. Po drodze widzieliśmy ślady fali powodziowej: duże drzwi i opony traktorowe, wszystko w środku lasu, z dala od siedzib ludzkich.
    Podsumowując: Michał zaczął coś opowiadać o kupnie kajaka zwałkowego, zaś ja zamierzam zwrócić większą uwagę na rzeki Kielecczyzny. Ba, wspólnie z Adamem, wypatrzyliśmy już rzeczkę na hardcorowe, wiosenne szaleństwa. Może nie jest to skala Potoku Nasiczniańskiego, ale powinna dostarczyć wystarczającej dozy emocji.
    Która rzeczka, to już nasza tajemnica do najbliższej wiosny...

Historia ta miała ciąg dalszy. Znów mówi Prezes Michał:
    Parę miesięcy później Marek zadzwonił do mnie i powiedział: - musimy dokończyć Krasną. Rozstawiliśmy samochody i - te pozostałe 4 km rzeki w linii prostej zajęły nam znowu 6 godzin. Byłą to chyba najbardziej zwałkowa rzeka w naszych pływaniach.

Kończy historię Marek Mazur:
    Podsumowując, już na zimno, nasz majowy rekonesans na Krasnej (dopływ Czarnej Koneckiej), Michał przyznał, że w pewnym momencie był kompletnie załamany z powodu ilości przeszkód napotkanych w rzece.
    Pocieszyłem go, że każdy rasowy turysta musi kiedyś zacząć prawdziwe zwałkowe pływanie. W moim przypadku była to przed laty Jeziorka, dla kilku przyjaciół była to Rawka, zaś chłopakom z KiM najbardziej utkwiły w pamięci pomorskie rzeczki: Grabowa, Bukowa i Mołstowa oraz podwarszawska Czarna Markowska.
    Michał, przede wszystkim narciarz, od kilku lat powtarza mi niezmiennie jesienią: Marku w zimie jeździmy na nartach. Na razie zdziałał tyle, że w ubiegłym roku, kiedy rzeki pozamarzały, kupiłem sprzęt i biegałem z nim kilka razy po Kampinosie. Na dłuższy wyjazd, jak na razie, szkoda mi było urlopu.
    Znając go jako prawdziwego twardziela, który potrafił w lutym wędrować na nartach w Gorganach, śpiąc w szałasach i jamach śnieżnych, byłem pewien, że nie odpuści Krasnej. Dlatego też, kiedy we wrześniową sobotę zadzwonił do mnie z pytaniem gdzie moglibyśmy nazajutrz popłynąć, odpowiedź mogła być tylko jedna - Krasna.
    Pomni poprzednich doświadczeń, tym razem rzeczkę potraktowaliśmy poważnie i przy moście drogi z Błotnicy do Modrzewiny byliśmy już przed 8 rano.
    W miejscu startu Krasna wyglądała na spławną, ale zaraz za mostem zaczęły się przemiały, potem krótkie, spławne odcinki - podobnie jak tydzień wcześniej na Mołtawie. Później rzeka wpłynęła pomiędzy wzgórza, przypominając nam, że przebywamy na Pogórzu Koneckim. Tutaj standard: zwałki, trochę płynięcia, przemiały, zwałki i tak dalej. Michał dzisiaj nie narzekał, zwłaszcza, że do przepłynięcia mieliśmy tylko około 7 kilometrów. Mieliśmy świadomość, że rekordu z Mostowej, gdzie przepłynięcie 13 kilometrów zajęło nam 11 godzin, raczej nie pobijemy.
    Kolejnych przeszkód nie ma co opisywać, a jedynym urozmaiceniem były grzyby. Gdy zatrzymaliśmy się, gdzieś tam w lesie, na śniadanie i wyszedłem na skarpę parowu, zobaczyłem grzybowisko. Zebraliśmy po torebce foliowej podgrzybków, koźlaków oraz prawdziwków i ruszyliśmy dalej. W innym miejscu Michał wyciągając kajak przed zawaliskiem omal nie wszedł na piątkę podgrzybków. Znowu zebraliśmy po torebce grzybów i w drogę. Pogoda była słoneczna, więc wycieczka się nie dłużyła. Po drodze spotkaliśmy lokalnych grzybiarzy, którzy zdziwieni naszym widokiem opowiadali, że próbowali kiedyś spłynąć Krasną pontonem, ale szybko zrezygnowali. Gdzieś, chyba po 6 godzinach podróżowania, wliczając w to dwa grzybobrania i dwa posiłki, dotarliśmy do Starej Wsi.
    Tym sposobem przetarliśmy następny zwałkowy szlak w regionie Świętokrzyskim. Warto tutaj eksplorować, choćby z powodu o połowę krótszego dojazdu niż na Pomorze, czy w Beskidy. Szkoda tylko, że ubył Grzechotnik, drugi obok Adama prawdziwy kajakarz z kieleckiego.


Pamiętaj - powiększaj zdjęcia klikając na nie
WRÓĆ DO SPISU WYPRAW